Błogosławione życie
rozpoczęte 145 lat temu
22 października 1876 roku

[tekst na podstawie fragmentów osobistych wspomnień bł. Matki Elżbiety Czackiej spisanych własnoręcznie w Warszawie i w Laskach w dniach 14 IX 1927, 4 XI 1927, 12 II 1928, 5 IV 1932]
Zaczynam dziś pisać historię mego życia. Zaczynam ją pisać w chwili, kiedy większa część życia mego przeszła. W chwili, kiedy bardziej niż kiedykolwiek mam uczucie rzeczywistości wieczności, bliskości jej. A życie moje przeszłe wydaje mi się tak jakoś dziwnie odległym, jakby to było nie moje życie, a jakby historia życia innej osoby. Toteż coraz bardziej i coraz mocniej rozumiem i wierzę, że tylko to, co wobec Boga i wobec wieczności ma wartość, tylko to i jedynie to jest ważnym na świecie i w życiu ludzkim. Jeżeli tak rozumiem i wierzę, to wiem, że to jest wielka łaska Boża. Łaska Boża następująca po całym szeregu łask Bożych. (…)

Urodziłam się 22 października 1876 r. w Białej Cerkwi na Ukrainie.
Chrzest mój odbył się podobno 19 listopada, w dzień św. Elżbiety, o czym się dowiedziałam z metryki mojej w kilka lat po otrzymaniu imienia zakonnego Elżbiety.
Rodzice moi mieli siedmioro dzieci. Ja byłam szósta z rzędu. Najmłodszego Jędrusia pamiętam, zmarł prawie nagle w nieobecności moich Rodziców.
Pierwsze wspomnienie moje, małego dziecka trzy czy czteroletniego, [to] był zachwyt nad pięknem poranku wiosennego. Cudownej gry barw, zapach wiosny i świergot ptaszków. To wspomnienie pozostało mi zawsze żywe. (…) Do dzisiejszego dnia pamiętam to pierwsze zetknięcie się moje z wiosną. Zapach specjalny w powietrzu, cudny koloryt nieba i świergot ptaków wkoło wielkiego domu o dużych kolumnach. Mój Ojciec, siostra moja o osiem lat ode mnie starsza i dwaj moi bracia powrócili rano z konnego spaceru. Posadzili mnie na klacz mego brata i kilka razy objechałam w ten sposób wkoło dziecińca, trzymana na koniu (…) Pewnie tej samej wiosny spacer do lasu powozem, wszyscy zbierali fiołki, a mnie nosił na ręku stary Kozak.
Potem pierwsze majowe nabożeństwa: ołtarzyk w dziecinnym pokoju ubrany wiosennymi kwiatami przez naszą starą Francuzkę, p. Chapellier. Nigdy już później takich kwiatów nie widziałam. Jako dziecko słyszałam wówczas opowiadaną przez kogoś historię, że orzeł odznacza się odwagą i patrzy prosto w słońce. To mi się tak podobało, że zaczęłam robić takie eksperymenta. Myślę, że to było początkiem choroby oczu. Nikt tego nie zauważył, a tylko ja sama, jadąc znowu na spacer, jak zwykle usłyszałam, jak pokazywali sobie krowy pasące się na łące. Ja ich nie widziałam i bardzo się tego wstydziłam, ale nic o tym nikomu nie powiedziałam. (…)
Tych czasów też sięga wspomnienie dnia letniego. Żar słońca, cudny zapach rezedy i innych kwiatów, a jednocześnie orzeźwiający powiew wiatru stepowego, który, jak mówili starsi, zaczynał dąć przy wschodzie słońca, a uciszał się wraz z jego zachodem. (…)

Wtedy też pierwszy raz jeździłam statkiem w licznym towarzystwie z moimi Rodzicami, po ślicznej rzece Rosi, która płynęła blisko domu, w którym mieszkaliśmy. Był to mały statek parowy, zbudowany pod kierunkiem jednego z moich krewnych. Nagle coś się zepsuło w motorze i wszyscy musieli pospiesznie na brzeg wysiadać. Ktoś mnie wziął na ręce i przeniósł poprzez kamienie na wysoki brzeg. Wróciliśmy do domu późno w nocy. Pierwszy raz widziałam piękną, letnią noc.
Temu kilka miesięcy zaczęłam pisać historię mego życia nie dlatego, że jest w niej coś ciekawego i interesującego, ale jedynie dlatego, że w tym bardzo zwyczajnym życiu znajdują się co chwila cuda łaski Bożej. Znajduje się widoczna opieka Boża i przygotowywanie mnie do obecnego mego życia. Mam zawsze tak mało czasu, że i w tym opowiadaniu, jeżeli zdołam je skończyć, nie będzie ciągłości, bo mnóstwo mam pilniejszych rzeczy do roboty. Chciałabym jednak, by te kartki mogły być hymnem dziękczynnym na chwałę Bożą, hymnem miłości i uwielbienia na cześć Boga.
Dziecinne i młode lata moje były ciągłym prawie cierpieniem. Dopiero dziś widzę, jaką to było łaską Bożą. Jako dziecko byłam uważaną za grzeczną, byłam nieśmiała i ciągle płakałam. Byłam najmłodsza z całego rodzeństwa i dziwnie wszystkich się bałam. Bałam się bardzo mojej matki, bo była bardzo surowa, zawsze smutna (…). Mego Ojca kochałam bardzo. Był bardzo dobry dla wszystkich. Lubił każdemu przyjemność zrobić i za dziecinnych lat nieraz myślałam, że byłoby tak dobrze być samą z moim Ojcem. (…) Bałam się mojej siostry, o osiem lat starszej ode mnie, i moich braci (…).

Było to także wielką łaską Bożą, bo to mnie nauczyło nie mieć żadnych względów ludzkich.
Kochałam bardzo starą bonę, Francuzkę, która miała rzeczywiście duże zalety i pierwsza nauczyła mnie się modlić. Uderzyło mnie, gdy raz powiedziała, że św. Antoni bez przerwy się modlił i wszędzie się modlił. Myślałam więc, że tak powinno być, i to mnie nauczyło prostej, ciągłej modlitwy. Druga rzecz, która mnie uderzyła w tym okresie mego życia, to były znowu słowa mojej bony, przestrzegającej nas, że jak jesteśmy niegrzeczni, to przybijamy Pana Jezusa do Krzyża.
„O Jezu, daj, abym ukrzyżowana wraz z Tobą, Boże mój i Panie mój, żyła Twoją tylko miłością w tym życiu i Twoją tylko miłością cieszyła się w życiu przyszłym. Amen.” Tę modlitewkę odmawiałam od najmłodszych lat i Pan Jezus w miłosierdziu swoim wysłuchał prośbę moją. Dał mi też Pan Jezus tajemnicę „od ukrzyżowania”.
Kochałam bardzo moją Babkę, której najwięcej zawdzięczam. Była mądra i dobra. Zawsze wesoła i myśląca o drugich, chociaż, jak się później dowiedziałam, dużo bardzo cierpiała, umiała dzieciom w najrozmaitszy sposób życie osłodzić. Toteż do mojej Babki uciekałam z domu. Mieszkała niedaleko od nas i zawsze wpraszałam się do Niej, gdzie najmilsze spędzałam chwile.

Całe życie mojej Babki było przykładem dla mnie. W salonie mojej Babki i jej siostry był ołtarz zamykany, przy którym codziennie odprawiała się Msza św. Moja Babka i wiele ciotek, przede wszystkim siostra mojej Babki, przystępowały codziennie do Komunii św. Od mojej Babki uczyłam się pierwszych zasad wiary. Jako malutka sześcioletnia dziewczynka czytałam mojej Babce Naśladowanie Chrystusa Pana. Miała starą francuską książkę, którą otrzymała od swojej matki z poleceniem, by nie tylko sama ją codziennie czytała, ale by ją wszystkim rozdawała. Na tej książce nauczyłam się czytać i ona mnie wychowała.

Nie wiem, czym bym była, gdyby nie moja Babka i Naśladowanie Chrystusa Pana. Jestem zresztą pewna, że modlitwom mojej Babki zawdzięczam tyle łask, które spłynęły na mnie.
Za dziecinnych lat miałam słabe oczy. Miałam zły zwyczaj, że starałam się patrzeć wprost w słońce. Zdawało mi się w mojej głupocie, że patrzeć prosto w słońce jest dowodem odwagi. Nikt tego nie zauważył, a ja myślę, że to musiało bardzo mi oczy osłabić. Nikt zresztą o moje oczy się nie niepokoił. Tylko moja Babka miała widocznie jakieś przeczucie, że oślepnę, bo mnie uczyła, że powinnam mieć dużo porządku, by wszystko umieć po ciemku znaleźć, tak jak moja prababka, która przy końcu życia nie widziała. Zachęcała mnie moja Babka, bym dużo modlitw umiała na pamięć, bym się mogła bez książki modlić.
Naturalnie wtedy ani na myśl mi nie przychodziło, że stracę wzrok, a to, że często nie widziałam tego, co w moim otoczeniu widziano, wydawało mi się rzeczą naturalną i do tego się nie przyznawałam. Od dzieciństwa chodziłam do okulisty, który mówił, że mam krótki wzrok. Zresztą mam przekonanie, że go ściśle określić nie mógł, bo ja przez roztrzepanie czy nieuwagę bardzo nieściśle odpowiadałam, jak mi szkła przymierzał i być może, że okulary, które mi zapisywał, były źle do oczu dobrane.
Może inne dzieci są mądrzejsze ode mnie, ale zdaje mi się, że trzeba bardzo ostrożnie dzieciom okulary dobierać. Zresztą bolały mnie często oczy od płaczu, bo byłam strasznie wrażliwa jako dziecko.
